Zaznacz stronę

Książka to wymarzony prezent dla większości czytelników. Dlatego jak co roku, podpowiadam, co warto zamówić u św. Mikołaja (albo rodziny;). Na pierwszy ogień idą książki dla ciekawych świata.

 

 

Zielone ścieżki wokół Izby Pamięci na Woli, red. Aleksandra Sołtan-Lipska

Muzeum Warszawy

 

Ta niewielka publikacja towarzyszy otwarciu Izby Pamięci przy Cmentarzu Powstańców Warszawy. Krótko przypomina historię powojennej, trwającej kilkadziesiąt lat walki o to miejsce, ale też umiejscawia je w kontekście historii i topografii dawniej przedmieść, dziś – Woli. Znajdziemy tu kilkuzdaniowe notki o kilkudziesięciu miejscach w okolicy: od pomników, przez szkoły, po wciąż czekające na zagospodarowanie (choć trzeba przyznać, stale okrajane) tereny pokolejowe Odolan. Dowiemy się, skąd wzięły się – niekiedy zaskakujące – nazwy pobliskich ulic, a także – jakie nowe szkoły pojawiły się po sąsiedzku w ostatnich latach i które biblioteki stały się oddolnymi miejscami bujnego życia towarzyskiego.

 

 

Ale tym, co bodaj najcenniejsze (a na pewno – co robi największe wrażenie), jest rozdział „Ślady”. Przypomniani są w nim ci, którzy spoczęli na cmentarzu Powstańców Warszawy i których nazwiska udało się ustalić. Każda z kilkunastu postaci przedstawiona jest przez pryzmat – najczęściej – przedmiotu znalezionego przy jej ciele podczas ekshumacji, albo też przedmiotów codziennego użytku dostarczonych przez rodzinę. Nieliczne z nich są w zbiorach Muzeum Warszawy, część pochodzi z Muzeum Powstania Warszawskiego, inne wypożyczyli bliscy zmarłych. Tak poznajemy m.in. zapalonego wędkarza Kazimierza Woźniaka z Tamki 37, Jana Stawiskiego – urzędnika Ministerstwa Rolnictwa czy Tadeusza Towarnickiego, być może pierwszej ofiary Powstania Warszawskiego, wcześniej – twórcy oddziału koncesjonowanych likwidatorów (wykonawców wyroków) Państwa Podziemnego. To ich historie chwytają za gardło i sprawiają, że warto sięgnąć po tę niepozorną książeczkę.

 

Białe miasto, czarne miasto; Sharon Rotbard

Wyd. Filtry

 

 

Miasto na wydmach czy może miasto zamiast wydm? Miasto z marzeń i mgły, na surowym korzeniu, czy raczej organizm, który bez pardonu przekreśla i ukrywa wielowiekową lokalną tradycję i mieszkańców, żeby tylko osiągnąć swój polityczny i ideologiczny cel? Sharon Rotbard, izraelski architekt po studiach w Paryżu, mierzy się z mitem „Białego miasta” – Tel Awiwu, czy raczej Tel Awiwu Jafy. Dekonstruuje go, obnaża i udowadnia, że wpisane w …. roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO „Białe miasto” ma też zupełnie inne oblicze.

Sama jeszcze tam nie dotarłam, zatem wciąż buduję sobie obraz Tel Awiwu z tego, co o nim piszą inni. Ta pozycja wnosi powiew świeżości i rozbija unisono miłośników architektury modernistycznej, którzy często bezrefleksyjnie powtarzają komunały o stolicy Izraela – tworząc mit idealnego (i idyllicznego) mieście Bauhausu na Bliskim Wschodzie.

 

 

I doskonale obrazuje zdanie, że argumenty się waży, a nie liczy – nie jest obszerna, nie przytłacza listą przypisów (choć takie są, i to wcale niemało), zatem nie trzeba sobie rezerwować wakacji, żeby się za nią zabrać. Ba, jej treść na tyle daje do myślenia, że może stać się zachętą do urlopowej eskapady właśnie do Tel Awiwu, by na miejscu sprawdzić, czy to Białe, czy raczej Czarne miasto.

 

Dziady i dybuki, Jarosław Kurski

Wyd. Agora

 

 

To porywająca rodzinna saga, która pokazuje przewrotność ludzkich losów i dochodzenie do polskości za wszelką cenę, wbrew przeciwnościom i zniewagom. Choć rodzina autora (przepraszam: tylko najbliższa rodzina) od 1945 roku związana była z Gdańskiem, dociekliwość dziennikarza sprawiła, że ta historia obejmie i Kresy Wschodnie i Bieszczady i Warszawę i Gdynię i Londyn i Stany Zjednoczone i Nową Zelandię. Jak się okazuje, wszędzie tam (i w dziesiątki innych miejsc) prowadzą wątki krewnych, których istnienie przez dekady owiane było nimbem tajemnicy – w najlepszym razie – lub wcale o niej nie wiedziano. Pisanie (czy raczej dokumentacja) trwało kilka lat i jest to całkowicie zrozumiałe: operujący świetnym warsztatem Jarosław Kurski postawił sobie za punkt honoru przytaczać tylko to, co udało mu się zweryfikować źródłowo.

 

 

A jest o kim pisać: w tekście pojawiają się jako postaci w różny sposób związane z przodkami autora m.in. Henryk Sienkiewicz, Julian Ursyn Niemcewicz, Gaon z Wilna, malarz huculszczyzny Karol Sichulski, Ludwik Namier i Helena Syrkusowa. Jest tu miejsce dla sanitariuszek z powstania warszawskiego, utraty nogi na słynnej barykadzie w Alejach Jerozolimskich, ucieczki z makabrycznego „Zieleniaka”, wykładów o prawie narodów dla „leśnych żołnierzy”, zmagań o utworzenie państwa Izrael, budowy Gdyni i prac nad genetyczną modyfikacją żywności.  I nieustającą walkę tytułowych dziadów z dybukiem (czy raczej golemem). A to wszystko napisane żywo, dynamicznie, z polotem – tak, że czyta się wyśmienicie, niezależnie od tego, której stronie kibicujemy.

Gorąco Ci tę książkę polecam.

 

Korzenie architektury, Tadeusz Barucki

Wyd. Salix Alba

Ten tekst był przygotowany do druku już kilka dekad temu, ale książkę – wzbogaconą o wykonane przez autora zdjęcia w najbardziej egzotycznych zakątkach świata – udało się wydać dopiero teraz, po śmierci Tadeusza Baruckiego (w wieku 100 lat). Zajęła się tym wdowa po architekcie, dr Edyta Barucka. I dobrze, bo choć fotografie pokryła już trochę patyna, to tekst tego erudyty i podróżnika nadal zatrzymuje, skłania do myślenia i unaocznia analogie, których sami pewnie byśmy nie wyłapali.

 

Tadeusz Barucki przez ponad pięćdziesiąt lat zajmował się zagadnieniem „architektury bez architektów” – słowem takiej, którą bez udziału profesjonalistów lokalne społeczności wznoszą od zarania dziejów i która skutecznie zabezpiecza ich potrzeby. Autor (sam będący architektem, studiującym zresztą zaraz po wojnie w salach… Wawelu) precyzyjnie wyłapuje podobieństwa, jakie cechują pewne typy budowli (np. spichlerze czy osady na wzgórzach) w często bardzo od siebie odległych rejonach świata; analizuje kwestie budulca, klimatu, koloru, dekoracji.

Pokazuje, jak skolonizowane kraje przejmowały i adaptowały do swojej tradycji wybrane elementy architektury najeźdźców i uświadamia nam, że architektura wernakularna naprawdę zasługuje na szacunek.

 

Okruchy historii, Tadeusz Łopieński

To pamiętnik słynnego warszawskiego rzemieślnika, z którego warsztatu brązowniczego (Bracia Łopieńscy) wyszła znakomita część stołecznych pomników. Wydana kilka lat temu staraniem córki Anny – kontynuującej rodzinną tradycję – książka zabiera nas do Italii (Rzymu, Florencji) a potem Francji, gdzie Tadeusz podpatruje prace legendarnych pracowni i szkoli własne umiejętności. Jego mentorem i człowiekiem, który wprowadzi go w rzymskie środowisko, będzie znany rzeźbiarz Antoni Madeyski (jego plakiety i rzeźby możesz obejrzeć m.in. w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej). Stajemy się świadkami wojennych losów pracowni Łopieńskich przy Hożej, by wreszcie towarzyszyć Tadeuszowi Łopieńskiemu w żmudnych pracach nad powojenną odbudową kolejnych warszawskich monumentów oraz razem z nim przeżywać odebranie rzemieślnikowi („byłemu kapitaliście”) zakładu i kibicować próbom jego odzyskania.

 

 

Wspomnienia dowodzą, że autor miał duże poczucie humoru, sporo tu też ciekawostek o rzeźbiarzach czy procesie powstawania brązowych odlewów. Jak się okazuje, nie tak dawne obrócenie galopujących koni z pomnika Jazdy Polskiej mogło być inspirowane podobną próbą – na szczęście ostatecznie zaniechaną – z 1945 roku, kiedy Rosjanie chcieli odwracać figurę Dowborczyka. Dowiadujemy się, we wnętrzu którego pomnika zachowała się drewniana drabina; a który rzeźbiarz nie odstępował fomierzy i brązowników na krok, patrząc im na ręce gdy odlewali wykonaną przez niego figurę. Jak się okazuje, Tadeuszowi Łopieńskiemu nie obce były też interwencje, gdy widział, że stołecznym pomnikom dzieje się krzywda – dowodzą tego zawarte w książce pisma. Jej lektura na pewno sprawi Ci dużo radości.